Robert P. Murphy: Znaczenie teorii kapitału
| 12 kwiecień 2011 | Tekst pochodzi z mises.pl Tytuł oryginału: The Importance of Capital Theory, Tłumaczenie: Stanisław Kwiatkowski, Redakcja: Witold Falkowski
Im więcej czytam propozycji „rozwiązania” problemu kryzysu finansowego, które wysuwają niekiedy profesjonalni ekonomiści, tym bardziej przekonuję się o znaczeniu poprawnej teorii kapitałowej. Jest ono szczególnie widoczne w kontekście tego, że często przeciwstawia się rynki finansowe „realnej gospodarce”. Przeciwstawienie to jest w niektórych przypadkach przydatne, ale w tym kontekście zwykle stanowi podstawę twierdzenia, że giełda to w istocie tylko kasyno.
Warto przeczytać:
- Adam Smith - pierwszy nowoczesny ekonomista
- David Ricardo - następca Smitha?
- Jean Babtiste Say i jego "prawo rynku"
- Jean Babtiste Say i jego "prawo rynku" (II)
- Cantillon, Turgot, Bastiat - prekursorzy ekonomii austriackiej
- Cantillon, Turgot, Bastiat (cz. 2) - prekursorzy ekonomii austriackiej
- Cantillon, Turgot, Bastiat (cz. 3) - prekursorzy ekonomii austriackiej
Kiedy plan Paulsona rozważano po raz pierwszy, nawet zdeklarowani wolnorynkowi ekonomiści, z którymi zgadzam się w wielu innych kwestiach, niespodziewanie rekomendowali „dokapitalizowanie banków” jako najlepszy plan naprawczy. Tymczasem jeżeli nasze problemy wynikają z przesunięcia rzeczywistych środków do sektora budowlanego – jeżeli budowano za wiele domów i za duże domy – to transfery finansowe dostarczane przez rząd mogą skutkować jedynie redystrubucją strat.
Kiedy zrozumiemy, w jaki sposób Fed spowodował obecny kryzys rynku finansowego zniekształcając strukturę kapitałową, stanie się jasne, że najgorszym możliwym rozwiązaniem jest obcinanie stóp procentowych i pompowanie jeszcze więcej „płynności”. Cały problem zaczął się od sztucznie taniego kredytu napędzającego boom budowlany. Greenspan sprowadził stopę procentową pożyczek międzybankowych do absurdalnej wysokości 1 procenta i utrzymywał ją na tym poziomie przez rok. Jeśli uwzględni się inflację, było to równoznaczne z ustanowieniem ujemnej stopy procentowej. Najprawdopodobniej Greenspan chciał w ten sposób uniknąć głębokiej recesji, która dotknęłaby „realnej gospodarki” po pęknięciu bańki dot-comów. W rzeczywistości zasiał wówczas ziarno dzisiejszego kryzysu. Jeżeli Bernanke będzie kontynuował politykę tłoczenia miliardów dolarów w ręce bankierów w potrzebie, za pięć lat Amerykanie (jak i reszta świata), będą z rozrzewnieniem wspominać dzień dzisiejszy, tak jak dziś spadki roku 2001 wydają się drobną niedogodnością.
Krugman i Cowen wykpiwają austriacką teorię „kaca”.
W tym artykule nie będę się zajmował zasadniczymi przyczynami kryzysu, lecz pokażę, jak ważne jest sformułowanie poprawnej teorii kapitałowej. Skoncentruję się na wskazaniu elementarnych błędów, które popełniają wybitnie inteligentni ekonomiści – jeden z nich to laureat nagrody Nobla – kiedy krytykują austriacką teorię cyklu koniunkturalnego (ATCK). Dla zwięzłości nie będę tu streszczał tej teorii. W tekstach, do których linki podałem w poprzednich akapitach, można znaleźć moje własne, uproszczone wyjaśnienie teorii, a tutaj można obejrzeć znakomitą prezentację Rogera Garrisona na jej temat. Bardziej gruntowne omówienie ATCK znajduje się tutaj. Przyjmując, że czytelnik zna podstawy ATCK, zacytujmy Tylera Cowena i jego omówienie krytyki ATCK dokonanej przez Paula Krugmana, a opublikowanej przez Slate.
[Paul Krugman:]Oto problem: jest kwestią prostej arytmetyki, że całkowite wydatki są z konieczności równe całkowitym przychodom (każda sprzedaż to też nabycie, i vice versa). Jeżeli więc ludzie zdecydują się wydawać mniej na dobra inwestycyjne, czy nie oznacza to, że muszą wydawać więcej na dobra konsumpcyjne – co jest tożsame z tym, że każda zapaść w sektorze inwestycyjnym powinna w konsekwencji przynieść boom w sektorze konsumpcyjnym? A jeżeli tak, to skąd [w czasie kryzysu – przyp. tłumacza] bierze się wzrost bezrobocia?
[Komentarz Tylera Cowena:] Wydaje mi się, że argument działa jeszcze lepiej w drugą stronę. Dlaczego w ogóle miałby nastąpić jakiś boom? Przesunięcie produkcji od konsumpcji w stronę inwestycji powinno spowodować spadek realnych dochodów, a nie ich wzrost. Innymi słowy, ATCK nie tłumaczy jednoczesnego występowania wzrostu konsumpcji i inwestycji, które widoczne jest w statystykach.
W rzeczywistości są to dwa różne argumenty. Cowen nie „odwrócił” po prostu argumentu Krugmana. Żeby pomóc czytelnikowi zrozumieć moją odpowiedź, pozwolę sobie sparafrazować to, co uważam za istotę podobnych (choć nieidentycznych) zarzutów Krugmana i Cowena wobec teorii Misesa–Hayeka.
Zgodnie z klasycznym wariantem ATCK w czasie sztucznego boomu praca i inne czynniki produkcji zostają zaangażowane do projektów inwestycyjnych, które nie odpowiadają ogólnemu poziomowi oszczędności. Wcześniej czy później przykra prawda wychodzi na wierzch i niemożliwe do dokończenia projekty trzeba porzucić. Przedsiębiorcy odkrywają, że w czasie boomu popełnili poważne błędy, wszyscy czują się biedniejsi i ograniczają konsumpcję, a wielu pracowników traci zajęcie i pozostaje bez pracy, aż do czasu kiedy struktura produkcji zostanie przekształcona zgodnie z tymi odkryciami.
Krugman twierdzi, że teoria ta nie ma sensu. Możemy przypuszczać, że w czasie boomu niektórzy producenci (na przykład przedsiębiorcy budowlani) zbyt agresywnie rozwijali działalność, by nagle odkryć, iż ich klienci nie chcą już kupować ich produktów (np. pomieszczeń biurowych). Jednak, jak wyjaśnia Krugman, ludzie muszą na coś wydać swój dochód. Jeżeli nie przeznaczą go na biura po 10 milionów dolarów, to muszą zań kupić bilety do kina, generatory prądu albo egzemplarze książki Petera Schiffa. Nie jest więc wcale oczywiste, konkluduje Krugman, dlaczego wzrost bezrobocia miałby towarzyszyć „kacowi” po kredytowej „imprezie”. Miejsca pracy zlikwidowane w etapach produkcji „wyższego rzędu” (jak mawiają Austriacy) powinny być zastąpione przez nowo utworzone miejsca pracy w etapach niższego rzędu.
Zarzut Tylera Cowena jest podobny, ale jak wspomniałem, nieidentyczny. Cowen pyta, dlaczego ludzie mieliby się czuć bogatsi w czasie wykreowanego przez Fed boomu, jak twierdzą Austriacy? Przecież skoro pracowników i środki produkcji kieruje się do produkcji dóbr wyższego rzędu, takich jak traktory i pachołki drogowe dla ekip budowlanych, to należałoby oczekiwać, że – ze względu na obiektywne zjawisko rzadkości – w początkowym stadium boomu powstanie mniej dóbr konsumpcyjnych (telewizorów, obiadów, samochodów sportowych). Jeśli produkcja dóbr konsumpcyjnych maleje, to realny dochód per capita musi spaść, co przeczy twierdzeniom Austriaków.
Starałem się jak najwierniej przedstawić krytykę Krugmana i Cowena. Muszę wyznać, że już w trakcie pisania poprzedniego akapitu nie mogłem się oprzeć wrażeniu, iż argumentacja obu tych naukowców obciążona jest błędem non sequitur. Rozumowanie Krugmana opiera się na statycznej koncepcji przychodów i wydatków. Stosując ową księgową tautologię – w której nie uwzględnia się upływu czasu – mógłby utrzymywać, że realny dochód w gospodarce nie może nigdy ulec zmianie, nawet jeśli rząd ogłosiłby, że najbardziej produktywne 10 procent pracowników każdej firmy zostanie rozstrzelane. (W końcu łączny przychód byłby nadal równy łącznym wydatkom).
Jeśli chodzi o Cowena, to chyba zakłada on, że „realny dochód” jest równy „realnej konsumpcji”. Nie da się na to odpowiedzieć inaczej niż: „To nieprawda.” Jeżeli pracownik kopalni srebra otrzymuje wynagrodzenie w uncjach kruszcu, które chowa w piwnicy, to może mieć bardzo wysoki „realny dochód”, choć jego konsumpcja jest bardzo mała. Należy jednak pamiętać, że Cowen napisał to na blogu, a nie w poważnym artykule naukowym. Nie chciałbym zobaczyć zbioru najgłupszych rzeczy, które ja napisałem na moim blogu. Załóżmy więc, że Cowen chciał napisać, iż według ATCK należy oczekiwać spadku realnej konsumpcji (a nie dochodu) w okresie boomu. Cowen utrzymuje, że nie potwierdzają tego dane. W czasie boomu obserwujemy wzrost inwestycji w nowe (bardziej „okrężne” – w terminologii austriackiej) procesy produkcji, a jednocześnie widzimy, że pracownicy zarabiają więcej i kupują więcej dóbr konsumpcyjnych. Cowen stawia pytanie, czy nie byłoby to niemożliwe, jeżeli, jak twierdzą Austriacy, w czasie boomu środki są przesuwane od dóbr konsumpcyjnych (takich jak iPhony) do produkcji dóbr produkcyjnych (takich jak traktory)? W następnej części wyjaśnię, co Cowen przeoczył.
Model konsumpcji kapitału oparty na sushi
Wskazałem na kilka podstawowych błędów w argumentacji Krugmana i Cowena. (inni Austriacy odpowiadali Krugmanowi już wcześniej – zob. odpowiedzi Garrisona i Cochrana). Najogólniej mówiąc, lekceważą oni bardzo ważne pojęcie konsumpcji kapitału. To pokazuje, jak ważne jest zrozumienie teorii kapitałowej (po raz pierwszy sformułowanej przez Carla Mengera i Eugena von Böhm-Bawerka), jeśli chce się zrozumieć, co się u diabła wydarzyło w amerykańskiej gospodarce. Ktoś, kto nie rozumiejąc teorii kapitałowej, mądrzy się przed kamerą w CNBC, będzie proponował bardzo szkodliwe rozwiązania.
Kiedy zastanawiałem się, jak powinien wyglądać ten artykuł, doszedłem do wniosku, by posłużyć się w nim „modelem” o średniej złożoności. Pomyślałem, że nadmierne uproszczenia mogą być niewłaściwie zrozumiane, a zbyt duża złożoność spowoduje, że nikt przy zdrowych zmysłach nie doczyta tekstu do końca. Nie wdając się w zbyt skomplikowane dywagacje, przyjrzyjmy się gospodarce hipotetycznej wyspy zamieszkanej przez 100 osób, gdzie jedynym dobrem konsumpcyjnym jest sushi.
- Friedrich August von Hayek: Czy możemy jeszcze uniknąć inflacji?
- Friedrich August von Hayek: Czy możemy jeszcze uniknąć inflacji? (II)
- Friedrich August von Hayek: Czy możemy jeszcze uniknąć inflacji? (III)
- Robert P. Murphy: Znaczenie teorii kapitału (II)
- Murray Newton Rothbard
- Murray Newton Rothbard (cz. 2)
- Murray Newton Rothbard (cz. 3)
- Jeffrey Tucker: Niepowstrzymany Rothbard
- Jeffrey Tucker (cz. 2): Niepowstrzymany Rothbard
Komentuj z Facebookiem










































































