Mateusz Machaj: Selektywny przegląd dorobku Miltona Friedmana
| 16 kwiecień 2011 | Tekst pochodzi z mises.pl
Tekst zostal opublikowany w zeszycie naukowym “Studia Erasmiana Wratislavensia. Wrocławskie Studia Erazmiańskie” Redaktorzy: Mirosław Sadowski, Ernest Bojek, Mateusz Machaj, Piotr Szymaniec.
Część II
Ekonomia i polityka
Selektywny przegląd dorobku Miltona Friedmana
16 listopada 2006 odszedł najsłynniejszy ekonomista drugiej połowy dwudziestego wieku. Milton Friedman, w 1976 uhonorowany przez bank centralny Szwecji Nagrodą Nobla w dziedzinie ekonomii, zmarł w wieku 94 lat. Był osobowością znaną w wielu kręgach, zarówno profesjonalnych ekonomistów, jak i wśród osób nie mających takiego wykształcenia, zainteresowanych bardziej zagadnieniami ideologicznymi. W tej kwestii udało mu się osiągnąć doprawdy imponujący status, a pod pewnym względami istne przekleństwo – odwoływali się do niego nawet ludzie, którzy nie znali dobrze jego prac. W niniejszym artykule przypominamy pokrótce poglądy tego wybitnego myśliciela, zarówno te naukowe, mniej znane szerokiej publiczności, jak również te bardziej popularne, jak choćby dotyczące propozycji reformy współczesnego systemu politycznego.
Metodologia
Jednym z ważniejszych osiągnięć czołowego przedstawiciela szkoły chicagowskiej było zaprezentowanie nowoczesnego i w dużej mierze do dziś uznawanego poglądu na to, jakich reguł metodologicznych powinni się trzymać ekonomiści. Przed publikacją Friedmana na ten temat (z lat pięćdziesiątych), główny nurt odwoływał się do pracy Lionela Robbinsa. Twierdził on, że realistyczna nauka ekonomii operowała tylko w obrębie pewnych szerokich obserwacji empirycznych, takich jak różnorodność ludzi, zasobów, ograniczoność środków, a co za tym idzie – i praw własności itd. W oparciu o te teorematy można było rozwijać system teoretyczny, odnoszący się do rzeczywistych aspektów tych obserwacji (Robbins 1937).
Friedman tymczasem przebudował metodologię i zaproponował zupełnie inne podejście, bliższe sytuacji ekonomii głównego nurtu, która przestała mówić cokolwiek o rzeczywistości (Friedman 1953). W anglosaskiej ekonomii najpowszechniejszym sposobem prezentowania teorii stał się język matematyki, który wyparł niegdyś stosowane metody prezentacji teorii. Niestety modele matematyczne, mimo swojego piękna i majestatu naukowości, gubiły niezbędny realizm, odnosząc się do świata zaprogramowanego przez ciągłe (a więc różniczkowalne) krzywe kosztów, mapy użyteczności i znane ograniczenia technologiczne, w ramach których człowiek reaguje jak zdeterminowana mrówka.
Friedman pragnął takiej nauki bronić. Wynikało to prawdopodobnie z głębokiego przywiązania do tradycji jego nauczyciela Franka Knighta, jednego z czołowych przedstawicieli teorii konkurencji doskonałej, która nie dość, że nie ma zastosowania w rzeczywistości, to na dodatek jest bardzo złym punktem odniesienia do analizowania gospodarki (i wbrew temu, co mówi niepokojąco wielu teoretyków, nie jest w żadnym wypadku stanem pożądanym – chyba że komuś zależy na tym, aby cofnąć się w rozwoju do czasów średniowiecza). Friedman podziwiał swojego nauczyciela i cały chicagowski sposób opisu gospodarki za pomocą odseparowanych od świata i pozbawionych aspektów realistycznych platońskich konstrukcji.
W tym celu przedstawił w swoim eseju zalecenia metodologiczne wyraźnie odbiegające od poprzednio uznawanych, kojarzonych głównie z postacią Robbinsa. Warto podkreślić, iż wszystko wskazuje na to, że zależało mu tak naprawdę na realizacji właśnie tego konkretnego celu: metodologicznym uzasadnieniu zastosowania matematyczno-deterministycznych modeli działania człowieka i usprawiedliwieniu stosowania nierealistycznych konstrukcji teoretycznych. Schemat Robbinsa był w tej mierze dość bezwzględny i zamykał wiele furtek umożliwiających stosowanie neoklasycznych schematów liczbowych. Nie odpowiadało to wybitnemu przedstawicielowi szkoły z Chicago.
Przeanalizujmy Friedmanowską rewolucję. Punkt wyjścia noblisty jest dość relatywistyczny i charakteryzuje wiele dwudziestowiecznych nurtów filozofii. Stawia tezę, iż nie możemy dojść do prawdy jako naukowcy, i co gorsza, że nauka w ogóle jest nierealistyczna. Nie mamy żadnych podstaw ani nawet potencjalnej możliwości dochodzenia do prawdy, za pomocą choćby nie wiadomo jak skrupulatnych narzędzi. Co więcej, wszystkie nasze założenia są nierealistyczne. Stąd wniosek, że wszystkie modele są nierealistyczne i złe z punktu widzenia szlachetnego celu nauki, jakim jest poszukiwanie prawdy.
Czym jest „Ekonomia Austriacka”?
Swój punkt widzenia Friedman uzasadnia sprytną, aczkolwiek niewyszukaną, nominalistyczną sztuczką – w rzeczywistym świecie występuje nieskończenie wiele zmiennych, wpływających na analizowany przedmiot. Nie jesteśmy w stanie ich wszystkich uwzględnić w modelu, więc musi on być siłą rzeczy nierealistyczny. Przy analizowaniu działań biznesu będziemy pomijać kolor włosów biznesmena, jego wiek i wiele innych czynników. Dlatego też analiza skazana jest na brak realizmu. Pomijanie niektórych zmiennych nieodmiennie implikuje ten stan rzeczy (Friedman 1953, s. 32–33). Niestety, czego nie zauważa Friedman, to fakt, że pomijanie części czynników to nie rezygnacja z realizmu, lecz stosowanie abstrakcji. Tak – niewątpliwie nauka, żeby była sensowna i mogła w ogóle zaistnieć, musi pewne rzeczy odstawiać na bok, czyli od nich abstrahować. Sęk w tym, że abstrakcja per se wcale nie musi być nierealistyczna. Od ręki można wymienić wiele przykładów realistycznych abstrakcji, które nie zabijają rzetelności analizy ani tym bardziej odniesienia jej do świata[1] (Long 2006).
Po odrzuceniu możliwości odkrywania prawdy o świecie i założeniu, że nauka nie może nic nam powiedzieć o rzeczywistości, Friedman wskazuje na wyjątek od tej reguły, zastrzegając, że przedstawiane przez ekonomistów modele mogą się okazać użyteczne. Jego zdaniem, choć nauki społeczne niczego tak naprawdę nie wyjaśniają, to są przydatne, ponieważ pomagają przewidywać przyszłość. Zgodnie z tą tezą przedstawia swoją metodologiczną zasadę: ekonomista powinien systematyzować swój własny model, a następnie konfrontować go z wąsko rozumianym doświadczeniem konkretnego miejsca i czasu. Pojedynek naukowy wygrywają te modele, które są najbardziej odporne na porównania z jednostkowym doświadczeniem. Te, którym zaprzeczają bezpośrednie badania empiryczne, powinny zostać odrzucone.
Wydawać by się mogło, że w efekcie Friedman osiąga satysfakcjonujące rozwiązanie, rozstrzygające problemy metodologiczne – wystarczy wszystkie modele konfrontować z danymi, które model ma przewidzieć. Ze względu na ten aspekt często Friedmana przyrównuje się do Poppera, zaznaczając podobieństwo do falsyfikacjonizmu tego drugiego. Niestety odwołania te nie są przeprowadzone systematycznie, przez co wprowadza się wiele nieporządku do filozoficznej dyskusji o podstawach ekonomii. Friedman chociażby nie porusza problemu, którym zajmował (a raczej próbował zajmować się) Popper, mianowicie faktu, że każda obserwacja i doświadczenie nie jest suchym faktem, lecz zawsze zawiera w sobie pierwiastek teoretyczny (Popper 2002, s. 69)[2].
Teza Duhema–Quine o tym, że czysty pomiar to fikcja, była dobrze znana Popperowi, który w pierwotnej wersji dzieła zignorował argumenty drugiej strony i proponował po prostu podjęcie decyzji o nieprzyjmowaniu „konwencjonalizmu” (Popper 2002, s. 71[3]). Później w karierze odniósł się do tego problemu ponownie, mówiąc o tym, że nie dokonujemy eksperymentów, tylko tak naprawdę porównujemy jeden wybrany model z jakąś wiedzą zastaną (Popper 1999, s. 401–405). Nie ma więc tak naprawdę eksperymentów falsyfikujących, są tylko porównania wymyślonych przez nas teorii z… innymi wymyślonymi przez nas teoriami.
Nic dziwnego, że wpływ Poppera szybko stopniał. Wybitny filozof mimo wszystko zawsze zdawał sobie sprawę z tych problemów, czego już nie można powiedzieć o Friedmanie, którego milczenie na temat istnienia jakości teoretycznej w każdej obserwacji nie jest satysfakcjonujące[4].
Okazało się więc, że Friedman problemów nie rozwiązał, ponieważ ekonomiści mogliby w niekończący sposób dyskutować na temat tego, jak dokonywać pomiarów, jakie czynniki pomijano przy eksperymentach oraz jakich błędów się dopuszczano. Osiągnął efekt wręcz przeciwny do racjonalistycznej obrony nauki. Wróćmy do punktu, od którego wyszedł. Po pierwsze, stwierdził, że sensowna nauka nie istnieje, a to, co tak nazywamy, jest jedynie użytecznym narzędziem, służącym li tylko do bardziej lub mniej skutecznego przewidywania przyszłości[5]. Po drugie zaś stwierdził, że wszystkie modele są złe, a zatem wszystkie tak naprawdę są dozwolone, gdyż każdy jest nierealistyczny (metoda Robbinsa była dużo lepsza dzięki realizmowi założeń oraz możliwości wstępnego odrzucania modeli niewłaściwych; Robbins 1937, s. 12–16). Ponadto przedstawiony przez Friedmana „ratunek”, okazuje się istną puszką Pandory – „sprawdzajmy wycinkowe dane empiryczne” to nie ścisła zasada, lecz zaproszenie do dowolnej metodologicznej zabawy, swoistego naukowego „flower-power”, w którym rozkwitać powinny wszystkie możliwe alternatywy, bez względu na ich prawdziwość.
Nic dziwnego, że po eseju Friedmana przyszedł czas na anarchizm McCloskeya, który w ślad za Feyerabendem zaprasza naukowców do gry we „wszystko ujdzie”, czyli harców opartych na zasadzie, że każdy model jest dozwolony i nie ma żadnych podstaw, aby jakikolwiek wykluczać jako nieprawdziwy (McCloskey 1983). Celem nauki staje się praktykowanie pustej „retoryki” i ciągłe dyskutowanie ze wszystkimi[6]. Ciekawym akcentem wydaje się fakt, że sam Popper w dyskusji na temat analizy w naukach społecznych (ze szczególnym naciskiem na ekonomię) patrzy na ich metodę w sposób dużo bliższy McCloskeyowi niż Friedmanowi (Popper 1997, s. 178–181)[7].
Komentuj z Facebookiem










































































