Mateusz Machaj (cz. 4): Selektywny przegląd dorobku Miltona Friedmana
| 16 kwiecień 2011 | Tekst pochodzi z mises.pl
Poza tym Friedman jest oczywiście płomiennym stronnikiem przejęcia przez państwo kontroli nad systemem bankowym i produkcją pieniądza. Przedstawia swój pozytywny projekt, który przewiduję dla banku centralnego istotną rolę – systematyczne, stabilne i przewidywalne dostarczanie nowego pieniądza do gospodarki (Friedman 1969[29]). Chicagowski ekonomista miał nawet swój udział w propagowaniu papierowych, płynnych walut, które są całkowicie oderwane od jakiegokolwiek pokrycia (Friedman 1953a).
Friedman, w zasadzie ze względu na tradycję, w której był nauczany, martwi się również o sytuację, w której przedsiębiorstwa innowacyjne mogą uzyskać przewagę nad innymi, gdy w wyniku technologicznych odkryć łatwiej zdominują rynek. Dlatego jego zdaniem państwo powinno tego typu sytuacje jakoś regulować (choć twierdzi też, że takie monopole głównie powstają z inicjatywy państwa). Szkoła chicagowska zawsze miała sentyment do polityki antytrustowej i ograniczania wolnej konkurencji za sprawą (to swego rodzaju orwellowskie dwójmyślenie) „urzędów antymonopolowych”.
Niezależnie od tego dochodzi również zadanie zwalczania „efektów sąsiedzkich”, które są szczególnym przypadkiem efektów zewnętrznych. Zdaniem Friedmana państwo musi reagować na sytuacje, w których działania jednej grupy ludzi będą pośrednio wpływać na sytuację innych. Efekty sąsiedzkie w jego koncepcji mają jednak takie same wady, jak wątło zdefiniowane efekty zewnętrzne. Nie jest do końca jasne, jak postrzegać ich wpływ i oceniać jego szkodliwość (poza samym naruszaniem praw własności). Mimo to dla Friedmana w tych przypadkach państwo ma bardzo ważne zadanie do wykonania. Podobnie jak we wspieraniu prywatnej filantropii, promowaniu konkurencji, ochronie ludzi nieodpowiedzialnych, szaleńców, czy dzieci.
Propozycje usprawniania państwa dobrobytu
Na sam koniec warto wspomnieć o dwóch propozycjach reform, które przedstawił chicagowski noblista. Pierwszą z nich miało być wprowadzenie bonu oświatowego, czyli złotego środka, który miał naprawić zepsuty w Stanach system edukacji. Drugim pomysłem był negatywny podatek dochodowy, który miał zająć miejsce wszystkich zaawansowanych projektów współczesnego państwa dobrobytu.
Idea bonu oświatowego nie jest do końca jasna, chociaż oficjalnie przedstawiony cel jest wyraźnie zaakcentowany. Chodzi przede wszystkim o to, aby „pieniądze szły za uczniem”, aby przywrócić kontrolę rodziców nad szkołami, a także doprowadzić do poprawy jakości szkolnictwa państwowego, aby odpowiadało wyższym standardom i sprostało prywatnej konkurencji. Idea jest dosyć prosta – należy wyliczyć dokładnie, ile pieniędzy jest wydawanych przez państwo na edukację. Następnie wskazać koszty przypadające na jednego ucznia i pozostawić rodzicom swobodę decydowania o tym, do jakiej szkoły chcą posłać swoje dziecko (Friedman i Friedman 1990, s. 158–175).
Każdy rodzic otrzymywałby więc po prostu bon oświatowy, deponowany w szkole, do której zapisał swoje dziecko. Co ważne, mogłaby to być szkoła państwowa lub prywatna. Główna zaleta tego planu ma polegać na zbliżeniu szkolnictwa do warunków konkurencyjnych, przy jednoczesnym zachowaniu redystrybucyjnych funkcji państwa (choć Friedman różnie się wypowiadał o bonie i raz twierdził, że to projekt sam w sobie, a innym razem, że to tylko pośredni krok do całkowitego urynkowienia szkolnictwa[30]). Friedman zdaje się zatem odnajdywać trzecią drogę między socjalizmem a wolnym rynkiem w szkolnictwie: bon oświatowy.
Czym jest „Ekonomia Austriacka”?
Podstawowy plus to uruchomienie konkurencji i zwiększenie efektywności państwowych szkół, a także fakt, że ci rodzice, którzy posyłają dziecko do szkoły prywatnej, nie płacą jednocześnie za państwową (w podatkach)[31].
Program był atakowany z różnych stron. Co ciekawe, najmocniejszy atak nadszedł od strony nurtów wolnorynkowych. Czołowy zarzut dotyczył pozostawienia w rękach państwa finansowania systemu szkolnictwa oraz nacjonalizacji środków przeznaczonych na edukację. To państwo miało określać sumę pieniędzy zbieranych na edukację, a także definiować, jak ma ona wyglądać. Oznaczałoby to państwową kontrolę wszystkich szkół. I stąd żelazny opór środowisk antyetatystycznych w USA przeciw bonowi, który sprowadziłby się do upublicznienia szkół dotąd od państwa niezależnych. Po pierwsze, szkoły te poddane zostałyby większemu rygorowi ze strony państwa (ponieważ aby otrzymać fundusze z bonu, musiałyby spełniać określone ze strony rządu oczekiwania[32]). Po drugie zaś, biznes edukacyjny zostałby skorumpowany przez mechanizmy polityczne (Rothbard 2004, s. 178–179).
Faktycznie, co najmniej w takim stopniu, w jakim państwowe szkoły poddane byłyby rygorowi konkurowania o bon oświatowy i uczniów, szkoły prywatne zostałyby od strony finansowania znacjonalizowane. W momencie, w którym na danym rynku pojawiają się dotacje publiczne dla przedsiębiorców, jeśli któryś z nich zaczyna się wyłamywać i nie chce walczyć o fundusze, staje na przegranej pozycji w stosunku do tych, którzy o subwencje walczą.
Mało tego, znając mechanizmy funkcjonowania jednostek publicznych, mamy powody przypuszczać, że podczas gdy szkoły prywatne zostałyby bardziej zetatyzowane, to szkoły publiczne nie podlegałyby rygorom konkurencji. W końcu, skoro szkoły zostają państwowe i są dalej zarządzane przez instytucje polityczne, to czy faktycznie po prostu biernie zostanie zaakceptowany fakt, że szkoła nie uzbierała wystarczających do funkcjonowania funduszy? Jeśli tak, to dlaczego w planie bonu szkoły w ogóle mają pozostać państwowe? Może zdecydowanie ważniejsze jest ich przekazanie na własność, na przykład, kadrze pedagogicznej? Jeśli jednak szkoły mają pozostać pod kuratelą państwa, to właściwie dlaczego?
Z kolei nadprodukcja usług edukacyjnych, spowodowana właśnie państwowym finansowaniem, jest problemem, którego bon nie rozwiąże. Mnóstwo ludzi uczęszcza obecnie do szkoły tak naprawdę bez celu, i o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby dla nich podjęcie pracy i nabywanie potrzebnego im doświadczenia. Zamiast tego wielu z nich musi studiować przedmioty, z których nic nie wyniesie. Powoduje to marnotrawstwo środków produkcyjnych, czasu uczniów, czasu i zasobów nauczycieli, a oprócz tego radykalnie zaniża się poziom nauczania i powoduje, że zdolni uczniowie rozwijają się znacznie poniżej swoich możliwości. Wszystko to za sprawą państwowego finansowania usług, które są oddawane „za darmo”. Ta nadprodukcja kiepskiej edukacji nie zostanie rozwiązana tak długo, jak długo państwo będzie ją finansowało. Nie jest istotne, czy będzie się to odbywało przy użyciu bonu, czy bezpośrednich dotacji (Rothbard 2004, s. 179–180[33]).
Drugi projekt Friedmana dotyczył propozycji podatku negatywnego. Samo pojęcie jest dosyć mylące, gdyż podatek negatywny to eufemizm bardziej precyzyjnego słowa „zasiłek”. Friedmanowi chodziło o to, aby zamiast wszystkich indywidualnych programów pomocowych wprowadzić bezpośrednie pieniężne finansowanie. I tak, podatek negatywny oznacza, że w zależności od jakiegoś określonego minimum socjalnego i osiąganych dochodów, obywatelowi przysługiwałaby dotacja z budżetu państwa (Friedman i Friedman 1990, s. 120–123).
Argumentacja Friedmana opiera się na chęci zredukowania biurokracji związanej z prowadzeniem programów socjalnych. Urzędnicy poruszają się w gąszczu przepisów, zajmują wiele stanowisk, interpretują indywidualnie każdy z przypadków, aby zdecydować, czy i jaka forma pomocy się należy. Tymczasem Friedman proponuje zlikwidować te programy, zwolnić urzędników i rozdzielić pieniądze z opieki społecznej na potrzebujących w zależności od osiąganego przez nich dochodu.
Do zalet podatku negatywnego ma należeć jego prostota. Zlikwidowany zostaje proces urzędniczy, zmniejsza się liczbę potrzebnych pracowników, a pomoc jest przyznawana automatycznie (i skoro zmniejsza się budżet na biurokrację, to więcej środków idzie bezpośrednio na pomoc). Nie trzeba składać podań i czekać na rozpatrzenie. Wystarczy tylko wysłać zeznanie podatkowe, a pieniądze z pomocy, z dotacji, z „negatywnego podatku”, wpłyną na konto.
Mimo że Friedman staje sobie sprawę z pewnych ułomności tego planu, to jednak nie przywiązuje do nich wystarczającej wagi. Takie wprowadzenie podatku negatywnego z pewnością zmniejszyłoby zakres biurokratyzacji pomocy społecznej. Jednakże zamiast zbliżać do rozwiązania problemu życia bez pracy z pieniędzy publicznych, tak naprawdę zwiększyłoby skłonność do utrzymywania się z zapomogi (pomijamy nawet osłabienie prywatnej działalności charytatywnej). Cóż bowiem osiąga podatek negatywny? Sprawia, że więcej pieniędzy idzie bezpośrednio na pomoc, a zatem następuje zwiększenie zasiłków. Oprócz tego w pełni automatyzuje tę pomoc, a przecież zwiększenie wielkości zasiłku i tak znaczące ułatwienie jego przyznania nie będzie obojętnie dla zachowań ludzi, którzy mogą go potencjalnie otrzymać. Wobec tego, wbrew pozorom, wprowadzenie podatku negatywnego może mieć katastrofalne skutki społeczne i sprawić, że sfera socjalna będzie rozszerzana, a nie zmniejszana. Po co pracować, albo martwić się o swój los, skoro zasiłek staje się automatycznie dostępny (Rothbard 2004, s. 219–220[34])?
Wydaje się, że proponowane przez Friedmana sposoby ulepszania państwa dobrobytu problemów nie rozwiązują, a potencjalnie mogą stworzyć dodatkowe. Włączanie się w politykę i próba naprawiania państwowych regulacji często przypomina syzyfową pracę i nierzadko prowadzi do jeszcze gorszych kłopotów. Jednym z przykładów jest osobiste zaangażowanie Friedmana we współpracę z amerykańskim rządem w trakcie drugiej wojny światowej. Wtedy właśnie za jego inicjatywą wprowadzono zasadę withholding tax. Oznaczało to przerzucenie obowiązku naliczania i potrącania podatków z pracownika na pracodawcę. Wcześniej bowiem w Stanach Zjednoczonych obywatel płacił co roku podatek, osobiście składając posiadane pieniądze w urzędzie skarbowym, dzięki czemu bezpośrednio widział, w jakim stopniu jest opodatkowany. Wprowadzenie withholding tax oznaczało przeniesienie obowiązku składania podatku na swego rodzaju pośrednika urzędu – na pracodawcę. Znacznie ułatwiło to dalsze podwyżki podatków.
Komentuj z Facebookiem










































































