Mateusz Machaj (cz. 2): Selektywny przegląd dorobku Miltona Friedmana
| 16 kwiecień 2011 | Tekst pochodzi z mises.pl
Nagroda Nobla
Bank centralny Szwecji przyznał Friedmanowi nagrodę w roku 1976 za dwa osiągnięcia naukowe, z którymi ten ekonomista jest do dzisiaj kojarzony. Pierwszym z nich jest ponowne sformułowanie teorii konsumpcji.
Tradycyjny model keynesowski opiera się na prostym równaniu opisującym zachowania konsumpcyjne. W danym okresie konsument otrzymuje dochód, z którego część podlega „funkcji konsumpcji”. Funkcja konsumpcji jest określana jako część dochodu plus konsumpcja autonomiczna: C = a + bY, gdzie Y oznacza dochód, a i b są parametrami. Takie schematyczne przedstawienie zachowania konsumpcyjnego jest ważne dla modelu dochodowo-wydatkowego, prezentowanego przez keynesowski krzyż. Ludzie otrzymują wypłatę i przeznaczają pieniądze na wydatki, co staje się dochodem kogoś innego etc. W oparciu o krańcową skłonność do konsumpcji sformułowana jest także zasada mnożnika (np. Hall i Taylor 1997, s. 171, 179).
Najważniejsze w całym ujęciu jest to, że konsumpcja jest funkcją aktualnego dochodu (czy też może ostatniego przeszłego). O zakresie wydatków konsumpcyjnych decyduje tylko bieżący dochód. Bardzo to ułatwia skonstruowanie modelu keynesowskiego. Tymczasem Friedman podważył to mechanistyczne ujęcie, zauważając zdroworozsądkowo, iż wydatki na konsumpcje nie są określane przez konsumentów jedynie w oparciu o ich aktualny dochód. Takie przedstawienie sprawy jest zdecydowanie zbyt upraszczające, o czym każdy może łatwo się przekonać poprzez odniesienie do własnej osoby. O decyzjach konsumpcyjnych ludzi decyduje bowiem, jak twierdzi Friedman, nie tylko dochód aktualny, lecz także dochód oczekiwany w przyszłości (Friedman 1957, s. 25–30).
Zilustrujmy to prostym przykładem – załóżmy, że otrzymaliśmy wynagrodzenie w wysokości 1000 złotych. Następnie podejmujemy decyzję o tym, jak wydać owe tysiąc złotych, to znaczy – rozporządzić nimi między oszczędności i konsumpcję. Nasza decyzja nie jest automatyczną „funkcją”, która jest liniowa i zależy od aktualnie otrzymanego tysiąca złotych. Zamiast tego będzie ona rezultatem aktualnego dochodu i oczekiwanego dochodu w przyszłości, czyli na przykład może zależeć od tego, jakiego spodziewamy się dochodu w następnych miesiącach. Wydaje się oczywiste, że jeśli w najbliższym czasie nic nie zarobimy, to do myśli o skonsumowaniu całego dochodu podejdziemy z większą ostrożnością. Jeśli jednak mamy podpisany kontrakt, z którego spodziewamy się uzyskać dodatkowe zarobki, specjalne premie czy podwyżki, to struktura naszych wydatków będzie wyglądała zgoła inaczej.
Ten ważny wkład Friedmana nie jest rzecz jasna niczym rewolucyjnym, ale i tak stanowi istotną krytykę prezentowanych nauk głównego nurtu (chociaż nie obala modelu keynesowskiego). Mimo że wiele osób czysto intuicyjnie rozumie zasady wydatkowania pieniądza, to jednak neoklasyczni ekonomiści mieli z tym kłopoty. Konsumpcja nie jest takim prostym mechanizmem, jak przedstawiał to w swoich pracach Keynes. Wiadomość ta dotarła do podręczników i oficjalnej ekonomii właśnie dzięki chicagowskiemu ekonomiście[8].
Drugą zasługą Friedmana, zdecydowanie bardziej znaną i częściej cytowaną, jest przypomnienie ilościowej teorii pieniądza, która bazuje na równaniu Fishera–Raua[9]. Równanie przedstawia zależność między ilością podaży pieniądza na rynku a ogólnym poziomem cen dóbr i usług. Wynika z tego prosta zależność, którą wielokrotnie podkreślali ekonomiści klasyczni: jeśli zwiększona zostaje ilość pieniądza na rynku, wtedy, ponieważ rosną wydatki i dochody, pojawia się presja na proporcjonalny do tego wzrost aktywności gospodarczej, a następnie ogólnego poziomu cen. Stąd również radykalna konkluzja zwolenników ilościowej teorii pieniądza, że inflacja jest zawsze zjawiskiem monetarnym. Ilekroć mamy do czynienia z systematycznymi wzrostami ogólnego poziomu cen, musi to być rezultat zwiększenia ilości pieniądza na rynku (za które dzisiaj odpowiedzialne jest państwo, a konkretniej – bank centralny).
Friedman przedstawił swoje wnioski w formie historycznego studium – książki opisującej pieniężną historię Stanów Zjednoczonych (Friedman i Schwartz 1963)[10]. Wraz z Anną Schwartz pokazywał w swoich badaniach, że to właśnie podaż pieniądza jest czynnikiem determinującym zachowanie się ogólnego poziomu cen. Dotyczy to zarówno przypadku wzrastającej jak i spadającej podaży pieniądza. Mówiąc językiem głównego nurtu: za aktywność gospodarczą, popyt globalny i poziom dochodu odpowiada ilość pieniądza na rynku, a nie polityka dochodowa czy fiskalna. Najważniejsza w determinowaniu popytu globalnego jest ilość pieniądza na rynku.
O to w istocie chodzi w tak zwanej rewolucji monetarystycznej, która, proszę zauważyć, wbrew twierdzeniom licznych nieekonomistów nie rozstrzyga, czy interwencjonizm jest pożądany, czy nie. Sfera pozytywna monetaryzmu jedynie przedstawia politykę pieniężną jako najważniejszy z czynników determinujący makroekonomiczne fluktuacje. Stąd nawet nazwa monetaryzm – sugerująca, że ilość monetarnego środka w obiegu jest najważniejsza dla polityki gospodarczej. A zatem monetaryzm w swojej najczystszej postaci nie przesądza, czy państwo ma prowadzić jakąś politykę, czy nie, oraz jaki zakres działań powinny obejmować instytucje publiczne. Poważny błąd popełniają zatem ci, którzy utożsamiają monetaryzm z wolnym rynkiem, albo „dzikim” liberalizmem. Monetaryzm po prostu mówi, że podaż pieniądza jest najważniejszym elementem polityki określającej popyt globalny.
Czym jest „Ekonomia Austriacka”?
Wpływ Friedmana w tej kwestii jest trudny do przecenienia. W wyniku jego pracy ekonomiści skupili swoją uwagę na polityce pieniężnej, zauważając jej ważkość (zwłaszcza w świetle stagflacji lat siedemdziesiątych). Gdy spojrzymy na nurt nowych keynesistów, możemy nawet pokusić się o łatwą do obrony tezę, że nowi keynesiści są tak naprawdę starymi monetarystami. Bardzo ważna jest dla nich polityka monetarna i wyjaśnianie tak zwanych „sztywności nominalnych” i problemów dostosowawczych (Yeager 1991).
Przy klasycznym podejściu do pieniądza warto zaznaczyć dwa istotne aspekty, które nie pojawiały się w głównym nurcie po drugiej wojnie. Po pierwsze, ponieważ inflacja jest zjawiskiem pieniężnym, podział na inflację kosztową, importowaną, popytową etc. nie ma w istocie sensu. Każda inflacja wynika ze wzrostu podaży pieniądza. Przeciwnicy tego podejścia odwołują się często do przykładu lat siedemdziesiątych, gdy inflacja była kosztowa i importowana. Ceny rosły, ponieważ wzrastały ceny ropy, w konsekwencji benzyny, transportu, a zatem wszystkie ceny na rynku.
Tymczasem zwolennicy tego podejścia nie zauważają, iż owszem, ceny ropy i wydatki na nią rosły, ale wzrost wydatków na ten konkretny towar był jednoczesny ze wzrostem wydatków na inne dobra i usługi. A zatem musiał wystąpić wzrost podaży pieniądza – w przeciwnym wypadku rosnące wydatki na ropę (przy stałej podaży pieniądza, stałym ograniczeniu budżetowym) musiałyby zostać zrekompensowane zmniejszonymi wydatkami na inne dobra. W tej sytuacji wzrost cen ropy byłby jednoczesny ze spadkiem innych cen na rynku.
Drugi istotny element klasycznego podejścia do pieniądza to uznawanie, że pieniądz jest powszechnym środkiem wymiany, którego ceną jest siła nabywcza. Alternatywą do trzymania pieniądza jest kupienie za niego jakiegoś dobra konsumpcyjnego lub produkcyjnego. Tymczasem model keynesowski traktuje pieniądz jako źródło płynności, jego ceną zaś jest stopa procentowa. Alternatywą trzymania pieniądza jest zakup papierów wartościowych. Nic dziwnego, że w modelu Keynesa deprecjonuje się wzrosty cen powodowane zwiększaniem podaży pieniądza, skoro zgodnie z modelem zwiększenie ilości środka wymiany prowadzi do spadku stopy procentowej, a nie spadku siły nabywczej[11]!
Friedman wprowadził ponownie na salony tezę, że ceną pieniądza jest jego siła nabywcza i możliwość zamiany na wszystkie dobra, a nie tylko na obligacje czy akcje. Nie było w tym nic rewolucyjnego i odkrycia te były znane ekonomistom żyjącym przed nastaniem czasów dominacji wczesnych keynesistów[12]. Zasługą wybitnego ekonomisty z Chicago jest przypomnienie o tym fakcie.
Z ilościową teorią pieniądza i zainicjowanym przez Friedmana jej renesansem wiąże się także tak zwana długookresowa krzywa Phillipsa. Prymitywny model keynesowski praktycznie nie zwracał uwagi na kwestie ewentualnego dostosowania się cen do zmieniającej się aktywności gospodarczej, której wzrost zapewniało zwiększenie podaży pieniądza. Jej przyrost prowadził w tym modelu do radosnego ożywienia produkcji, lecz nie powodował rosnących cen. Konstrukcją teoretyczną, która oddaje tę (w rzeczywistości fikcyjną) relację, jest krzywa Phillipsa, obrazująca wymienność bezrobocia i inflacji. Friedman wraz z niezależnie pracującym Phelpsem opracowali długookresową krzywą Phillipsa, która pokazuje, że w dłuższym okresie taka wymienność nie występuje, ponieważ podmioty rynkowe są w stanie dostosowywać zachowania i ceny (Friedman 1968; Phelps 1967)[13].
Komentuj z Facebookiem










































































