Friedrich August von Hayek: Czy możemy jeszcze uniknąć inflacji? (II)
| 12 kwiecień 2011 | Tekst pochodzi z mises.pl Tytuł oryginału: Can We Still Avoid Inflation?, Tłumaczenie: Paweł Witecki, Redakcja: Marcin Zieliński
Jednakże – przechodząc do następnego punktu – „pełne zatrudnienie” w jego rozumieniu, wymaga nie tylko ciągłej inflacji, ale też rosnącej inflacji. Ponieważ natychmiastowe i korzystne skutki inflacji będą utrzymywać się, tylko pod warunkiem że inflacja, albo przynajmniej jej wielkość, jest nieprzewidziana. Ale jeśli trwa ona już przez jakiś czas, to staje się ona oczekiwana. Jeżeli ceny przez jakiś czas będą rosnąć o pięć procent w skali roku, to społeczeństwo będzie oczekiwać podobnego zachowania się cen w przyszłości. Obecne ceny czynników produkcji rosną z powodu oczekiwań co do wyższych cen produktów – czasami, gdy niektóre koszty są stałe, koszty zmienne mogą rosną nawet szybciej od od oczekiwanego wzrostu cen produktów – do punktu, w którym osiągnąć można tylko zwykły zysk.
Ale jeśli ceny nie wzrosną bardziej niż oczekiwano, to nie powstaną żadne nadzwyczajne zyski. Chociaż ceny wciąż rosną w takim samym stopniu, co wcześniej, to wzrost ten nie ma już cudownego wpływu na sprzedaż i zatrudnienie, jaki miał wcześniej. Sztuczne zyski znikają, pojawiają się straty i niektóre firmy odkrywają, że ceny są nawet zbyt niskie, żeby pokryć koszty. Żeby utrzymać wcześniejsze skutki inflacji (z czasów, kiedy nie antycypowano jej w pełni), musi być ona wyższa niż wcześniej. Chociaż początkowo pięcioprocentowy wzrost cen w skali roku był wystarczający, to kiedy ten pięcioprocentowy wzrost zaczyna być oczekiwany, to potrzebny jest wzrost co najmniej siedmioprocentowy, jeśli chcemy osiągnąć ten sam stymulujący efekt powodowany wcześniej przez wzrost pięcioprocentowy. A jeśli inflacja trwa już od jakiegoś czasu, wiele działań będzie zależeć od tego, czy będzie trwać dalej i rosnąć, i znajdziemy się w sytuacji, w której pomimo wzrostu cen, wiele firm odnotuje straty i może pojawić się duże bezrobocie. Kryzys, któremu towarzyszy wzrost cen, jest typową konsekwencją wyhamowania wzrostu poziomu inflacji, jeśli gospodarka przystosowała się już do określonej stopy inflacji.
Oznacza to, że jeśli nie będziemy gotowi zaakceptować stale rosnącej inflacji, która musiałaby w końcu przekroczyć wszelkie granice, to może nam dać ona jedynie tymczasowy bodziec do wzrostu dla gospodarki. Kiedy jednak kiedy ten stymulujący efekt przestanie oddziaływać, pozostawi nam w spuściźnie konieczność opóźnionego dostosowania się gospodarki i nowe błędy w dostosowywaniu się, co tylko skomplikuje nasz problem. Proszę zauważyć, że nie mówię, że jeśli raz wprowadzimy inflację, to koniecznie musi się to skończyć dla nas galopującą hiperinflacją. Nie uważam, że tak musi być. Twierdzę tylko, że gdybyśmy chcieli utrzymać towarzyszący inflacji efekt prosperity i powstawania nowych miejsc pracy, to musielibyśmy stopniowo ją zwiększać i nigdy tego zwiększania nie zakończyć.
Empirycznego potwierdzenia dostarcza niemiecka inflacja z początku lat 20. XX wieku. Dopóki rosła ona w tempie geometrycznym, nie istniało właściwie (za wyjątkiem końcowego okresu) bezrobocia. Ale kiedy doszło do zmniejszenia stopy wzrostu inflacji, bezrobocie gwałtownie wzrosło. Nie uważam, że powinniśmy podążać tą ścieżką – a przynajmniej niezbyt długo, jeśli u władzy będą wystarczająco odpowiedzialni ludzie – jednakże nie jestem pewny, czy kontynuacja polityki monetarnej z ostatniego dziesięciolecia nie doprowadzi wcześniej lub później do sytuacji, w której do władzy dojdą ludzie mniej odpowiedzialni. Ale nie jest to jeszcze nasz problem.
Doświadczamy teraz tego, co w Wielkiej Brytanii jest znane jako polityka „stop-go”. Władze od czasu do czasu zaczynają się niepokoić i próbują hamować, ale z tym tylko skutkiem, że zanim zostanie zatrzymany wzrost cen, bezrobocie osiąga niebezpieczne rozmiary i władze czują się zmuszone wrócić do polityki ekspansywnej. Ten stan rzeczy może trwać przez pewien czas, ale nie jestem pewien, czy efektywność względnie niewielkiej inflacji w przywracaniu boomu nie zmniejsza się gwałtownie. Jedyną rzeczą, która – przyznam – mnie w boomie ostatnich dwudziestu lat zaskoczyła, było to, jak długo ponawianie ekspansji w celu przywróceniu boomu było efektywne. Przewidywałem, że możliwość stymulowania inwestycji przez niewiele większą ekspansję kredytową skończy się znacznie wcześniej. Możliwe, że właśnie osiągnęliśmy ten punkt, jednak nie jestem tego pewien. Możliwe, że mamy przed sobą następne dziesięć lat polityki „stop-go”, której prawdopodobnie towarzyszyć będzie spadek efektywności zwykłych środków polityki monetarnej i dłuższe okresy recesji. Według polityków i opinii publicznej obecny przewodniczący Zarządu Rezerwy Federalnej podejmie tak dobre działania, jakich każdy się spodziewa. Ale okoliczności znajdujące się poza jego kontrolą – które omówię za chwilę – mogą bardzo ograniczyć jego zdolność robienia tego, co chciałby zrobić.
Przy wcześniejszej okazji porównałem sytuację ludzi odpowiedzialnych za politykę monetarną po tym, jak przez jakiś czas była prowadzona polityka pełnego zatrudnienia, do „trzymania tygrysa za ogon”. Wydaje mi się, że te dwie sytuacje mają więcej wspólnego niż się powszechnie uważa. Tygrys będzie biegał coraz szybciej, a jego ruchy będą stawać się coraz bardziej nerwowe, a perspektywa wypuszczenia go będzie stawać się coraz bardziej przerażająca, w miarę jak tygrys będzie stawał się bardziej wściekły. To, że szybko znaleźlibyśmy się w takiej właśnie sytuacji, jest głównym argumentem przeciw długotrwałej inflacji. Inną zasadną metaforą jest porównanie do skutków zażywania leków. Początkowa przyjemność i późniejsza konieczność bolesnego wyboru tworzy podobny dylemat. Gdy raz znajdziemy się w takiej sytuacji, kusi nas, żeby zażywać leki uśmierzające ból i cieszyć się z rozwiązywania krótkookresowych problemów, nie próbując nawet rozwiązać głównego problemu, z którym ludzie odpowiedzialni za politykę monetarną niewiele mogą już zrobić.
Jednakże zanim przejdę do następnego punktu, chcę powiedzieć kilka słów o tym, że inflacja jest rzekomo warunkiem szybkiego wzrostu. Zauważmy, że działania związków zawodowych w wysoko uprzemysłowionych krajach mogły doprowadzić do sytuacji, w której jedynym efektywnym środkiem do zapewnienia zarówno wzrostu, jak i względnie wysokiego i stabilnego poziomu zatrudnienia, jest inflacja. Ale nie znaczy to wcale, że inflacja jest w normalnych warunkach – a w szczególności w słabiej rozwiniętych krajach – konieczna do wzrostu, lub ma na niego pozytywny wpływ. Żadna z wielkich potęg przemysłowych współczesnego świata nie osiągnęła swojej pozycji w okresach deprecjacji pieniądza. Brytyjskie ceny były w 1914 roku znajdowały się – o ile można w ogóle porównywać tak długi czas – mniej więcej na tym samym poziomie, co dwieście lat wcześniej, a amerykańskie ceny w 1939 roku znajdowały się na tym samym poziomie, co w najwcześniejszym okresie, o którym posiadamy dane, czyli w 1749 roku. Chociaż w dużym stopniu jest prawdą, że historia świata jest historią inflacji, to można przedstawić przykłady krajów, które przez pewien okres utrzymywały stabilną walutę. A w przeszłości spadek wartości pieniądza zazwyczaj niósł ze sobą upadek gospodarczy.
Oczywiście nie ma wątpliwości, że tymczasowo produkcja dóbr kapitałowych może zostać zwiększona wskutek tzw. „wymuszonych oszczędności” – czyli można wykorzystać ekspansję kredytową do skierowania większej ilości zasobów do produkcji dóbr kapitałowych. Pod koniec takiego okresu fizyczna ilość istniejących dóbr kapitałowych będzie większa niż by była w innym przypadku. Część z tego może oznaczać trwałe korzyści – może się na przykład zdarzyć, że ludzie będą mieć domy, ponieważ nie pozwolono im na konsumpcję. Ale nie jestem pewien, czy taki wymuszony wzrost ilości zasobów przemysłowych zawsze czyni kraj bogatszym, tj. czy wartość zasobów kapitałowych będzie potem większa – czy dzięki tym wymuszonym oszczędnościom całkowita produktywność wzrośnie bardziej niż w innym przypadku.
Jeżeli przyczyną inwestycji były oczekiwania, że ilości inwestycji (albo niższej stopy procentowej, wyższych płac realnych) w przyszłości będzie większa (stopa procentowa będzie niższa, lub płace realne będą wyższe, co sprowadza się do jednego) niż rzeczywista, to ta większa ilość inwestycji w mniejszym stopniu przyczyni się do wzrostu całkowitej produktywności niż mniejsza ilość inwestycji o bardziej właściwych formach. Uważam za szczególnie niebezpieczne dla krajów rozwijających się, które wykorzystują, by podnieść poziom inwestycji. Skutkiem tego jest to, że na niewielką ilość pracowników z tych krajów przypada o wiele więcej kapitału per capita niż mogłoby przypadać na wszystkich pracowników w przewidywalnej przyszłości, a w konsekwencji większe inwestycje w mniejszym stopniu przyczyniają się do podniesienia standardu życia niż mniejsze, ale o bardziej równym rozkładzie.
Ci, którzy doradzają krajom rozwijającym się, by przyspieszyły tempo wzrostu, stosując inflację, są zupełnie nieodpowiedzialni i można by ich śmiało nazwać kryminalistami. Keynesiści uważają, że inflacja jest konieczna do pełnego wykorzystania zasobów, kiedy płace są sztywne z powodu działalności związków zawodowych. Jednak ta sytuacja tutaj nie występuje. Żaden ze skutków polityki inflacyjnej, które obserwowałem w Ameryce Południowej, Afryce i Azji, nie jest w stanie zmienić moich przekonań, że w takich państwach inflacja jest wyjątkowo i wyłącznie szkodliwa – prowadząc do marnotrawstwa zasobów i opóźnienia rozwoju ducha racjonalnej kalkulacji, który jest koniecznym warunkiem efektywnego rozwoju gospodarki rynkowej.
- Friedrich August von Hayek: Czy możemy jeszcze uniknąć inflacji?
- Friedrich August von Hayek: Czy możemy jeszcze uniknąć inflacji? (III)
- Robert P. Murphy: Znaczenie teorii kapitału
- Robert P. Murphy: Znaczenie teorii kapitału (II)
- Murray Newton Rothbard
- Murray Newton Rothbard (cz. 2)
- Murray Newton Rothbard (cz. 3)
- Jeffrey Tucker: Niepowstrzymany Rothbard
- Jeffrey Tucker (cz. 2): Niepowstrzymany Rothbard
Komentuj z Facebookiem










































































